Nie ma jednej ceny strony dla gabinetu i nie da się jej policzyć po liczbie podstron. Rachunek robi to, co siedzi pod spodem: ile usług trzeba opisać, czy pacjent ma zapisywać się sam, czy przenosisz stronę z historią w Google i czy zdjęcia robisz, czy kupujesz. Poniżej rozkładamy to na części, żebyś umiał porównać dwie oferty, które na papierze wyglądają identycznie.
Co realnie podbija cenę
Zakres treści i liczba podstron
Strona wizerunkowa z jedną zakładką „oferta” jest tania, bo jest prosta. Problem w tym, że pacjent szuka zabiegu, nie placówki. Wpisuje nazwę usługi i miasto, więc każda ważna usługa potrzebuje własnego adresu, na który da się linkować i którego pozycję da się zmierzyć. To mnoży pracę: układ, tekst, zdjęcia, frazy lokalne.
Osobne pytanie: kto pisze teksty. Jeśli ty, płacisz własnym czasem i zwykle opóźnieniem. Jeśli wykonawca, to osobna pozycja w wycenie i trzeba ją w ofercie zobaczyć.
Rejestracja online
Sam przycisk „umów wizytę” nic nie kosztuje. Kosztuje wpięcie go w twój terminarz tak, żeby pacjent widział realne wolne terminy, a ty nie prowadził dwóch grafików. Zakres zależy od tego, co masz: część systemów daje gotowy moduł do osadzenia, część wymaga integracji. Więcej o samym podziale ruchu piszemy w poradniku o rejestracji online.
Migracja starej strony
Jeśli masz stronę z historią, przeniesienie treści to nie kopiuj-wklej. Trzeba zmapować stare adresy na nowe i ustawić przekierowania, żeby nie stracić pozycji wypracowanych latami. To niewdzięczna, techniczna robota, którą najłatwiej z wyceny wyciąć i najdrożej potem odzyskać.
Zdjęcia
Własne zdjęcia gabinetu i zespołu robią w ochronie zdrowia więcej niż jakikolwiek tekst, bo pacjent sprawdza, komu powierza siebie albo dziecko. Sesja to osobny koszt, ale jednorazowy i pracuje potem wszędzie: na stronie, w wizytówce Google i w materiałach marki. Stock z uśmiechniętym lekarzem poznaje każdy.
Wersje językowe i liczba placówek
Każdy dodatkowy język to drugi komplet treści plus utrzymanie. Każda kolejna placówka to własna podstrona z adresem, godzinami i osobną wizytówką. Sieć trzech gabinetów kosztuje więcej niż jeden, ale mniej niż trzy osobne strony.
Landing pod kampanię to inna półka
Landing ma jeden cel i jedną ścieżkę: wejście z reklamy, jedna usługa, jeden formularz. Jest wielokrotnie tańszy od strony placówki, bo nie ma w nim struktury, cennika ani kilkunastu podstron. Jeśli ruszasz z kampanią Google lub Meta na jeden zabieg, landing wystarczy i policzysz go szybciej. Jeśli budujesz widoczność organiczną na lata, landing tego nie zastąpi.
Co płacisz raz, a co co miesiąc
Najczęstsze nieporozumienie w ofertach nie dotyczy kwoty, tylko tego, która pozycja wraca co miesiąc.
| Płacisz raz | Płacisz cyklicznie |
|---|---|
| Projekt i wdrożenie | Domena (rocznie) |
| Teksty i zdjęcia na start | Hosting albo abonament kreatora |
| Migracja i przekierowania | Opieka techniczna i aktualizacje |
| Wpięcie rejestracji i analityki | Abonament systemu rezerwacji |
| Szkolenie z obsługi | Zmiany i rozwój strony |
Żadna z tych pozycji nie jest podejrzana sama w sobie. Podejrzane jest, gdy ich nie ma w ofercie wcale, bo wtedy pojawiają się później.
Gdzie chowają się ukryte koszty
Kreator z abonamentem. Płacisz miesięcznie w nieskończoność, a przy przeprowadzce zabierasz teksty i zdjęcia, nie stronę. Rachunek po kilku latach potrafi przebić jednorazowe wdrożenie.
Zdjęcia i grafiki na licencji. Niektóre licencje są roczne albo ograniczone do jednego medium. Warto wiedzieć, zanim to samo zdjęcie trafi na ulotkę.
Płatne wtyczki i motywy. Odnawiają się co rok, a bez odnowienia przestają dostawać poprawki bezpieczeństwa. To cichy koszt utrzymania, nie wdrożenia.
Brak dostępów. Najdroższy z ukrytych kosztów. Jeśli każda zmiana godzin czy ceny wymaga zgłoszenia i faktury, to nie kupiłeś strony, tylko abonament na cudzą uprzejmość.
Dlaczego najtańsza oferta bywa najdroższa
Najczęściej dlatego, że nie zawiera rzeczy, których nie widać na zrzucie ekranu. Brak przekierowań po migracji zdejmuje gabinet z wyników na miesiące i trzeba odbudowywać pozycje od zera. Brak podstron pod usługi zamyka drogę do fraz zabiegowych. Brak analityki sprawia, że po pół roku nie wiesz, czy strona cokolwiek dowiozła i nie masz na czym oprzeć kolejnej decyzji. Ciężka, wolno ładująca się strona traci część pacjentów zanim cokolwiek przeczytają, zwłaszcza na telefonie.
Żadna z tych rzeczy nie boli w dniu odbioru. Wszystkie bolą w trzecim miesiącu.
Co musi zostać twoje
Niezależnie od tego, kto robi stronę, na koniec ty powinieneś mieć:
- domenę zarejestrowaną na placówkę, nie na agencję,
- dostęp do kodu i hostingu albo panelu, w którym strona stoi,
- analitykę wpiętą na twoje konto, z celami dla telefonu i formularza,
- konta reklamowe i wizytówkę Google na placówkę.
To nie jest kwestia zaufania, tylko ciągłości. Zmiana wykonawcy zdarza się każdemu i nie powinna oznaczać startu od zera.
O co zapytać przed podpisaniem
- Co dokładnie zawiera cena, a co jest osobną pozycją?
- Które koszty wracają co miesiąc albo co rok?
- Czy w zakresie jest migracja starych adresów z przekierowaniami?
- Kto pisze teksty i kto dostarcza zdjęcia?
- Czy dostanę dostępy do domeny, hostingu, kodu i analityki?
- Czy sam zmienię godziny, cennik i opis usługi, czy muszę to zgłaszać?
- Co się dzieje po wdrożeniu i ile kosztuje opieka?
Siedem pytań wystarczy, żeby dwie oferty przestały wyglądać tak samo.
Jeśli nie wiesz, od czego zacząć
Zanim zamówisz nową stronę, warto sprawdzić, czy problem naprawdę leży w stronie. Czasem gabinet ma przyzwoitą witrynę, a traci pacjentów na nieodebranych telefonach albo na zaniedbanej wizytówce. To akurat sprawdzamy za darmo: raport w 48 h, bez zobowiązań. Jeśli wyjdzie, że strona jest w porządku, powiemy to wprost.